Nie istnieje ani przeszłość, ani przyszłość?
Ta teoria wywraca świat do góry nogami
Rozważania nad naturą czasu towarzyszą nam od chwili, gdy człowiek po raz pierwszy zaczął
spisywać swoje myśli. Ta fascynująca zagadka przenika niemal każdą wyobrażoną relację o nas
samych i o otaczającej rzeczywistości. Jednak współcześni fizycy i filozofowie dochodzą do
konkluzji, która dosłownie zapiera dech w piersiach: coraz głośniej kwestionują istnienie czasu
jako takiego. Czy to możliwe, że wszyscy ulegamy tej samej, niezwykle potężnej iluzji?
Spoglądając na język, jakim się posługujemy, trudno nie zauważyć z podziwem, jak misternie tkwimy w
ramach zegara. Czas w naszych opowieściach płynie, biegnie, przecieka przez palce albo na nikogo nie
czeka. Przywykliśmy myśleć o nim jak o niewidzialnej, niepowstrzymanej rzece, w której zanurzamy całe
swoje życie. Wszystko wydaje się oczywiste – dopóki nie zadamy tego jednego, bezkompromisowego
pytania: czym tak naprawdę jest ten strumień?
Kiedy rzeka okazuje się pusta
Co właściwie oznacza „upływ” czasu? Rzeka płynie, ponieważ porusza się w niej konkretna materia
woda. A co przemieszcza się w czasie?
– Zdarzenia przypominają raczej dynamiczne procesy niż stacjonarne przedmioty, a mimo to mówimy o
nich tak, jakby przesuwały się po osi z przyszłości, przez teraźniejszość, aż do przeszłości – zauważa prof.
Adrian Bardon, filozof z Wake Forest University i autor porywającej książki „Krótka historia filozofii
czasu”. – Jeśli wydarzenia nadejdą z przyszłości, a potem oddalą się w przeszłość, to gdzie właściwie
fizycznie przebywają? Przecież ani wczoraj, ani jutro nie mają swojego adresu na mapie.
Ta błyskotliwa intuicja nie jest nowa, choć do dziś przyprawia o zawrót głowy. Już Parmenides z Elei (VI/V
w. p.n.e.) przekonywał, że skoro przeszłości już nie ma, a przyszłość jeszcze nie nadeszła, to koncepcja
upływu czasu jest pełna sprzeczności. Aby przyszłość była realna, musiałaby istnieć już teraz! Podobne
pytania stawiali Arystoteles czy św. Augustyn, przeczuwając, że czas przypomina niezwykłą miksturę
próbujemy odnaleźć w niej ślad substancji dawno rozpuszczonej w nieskończoności. Im bardziej
rozcieńczamy dawne krople we wspomnieniach, tym trudniej uchwycić jakikolwiek ich fizyczny osad.
Iluzja absolutnego zegara
Przez całe wieki fundamentem naszej naukowej wyobraźni była wizja Izaaka Newtona – elegancka i
kojąca. W jego ujęciu czas był absolutnym, tykającym zegarem wszechświata – stabilnym tłem dla
wszelkiego ruchu. Wszystko układało się w spójną całość aż do przełomu XIX i XX wieku, gdy na scenę
wkroczyła fizyka kwantowa oraz Albert Einstein ze swoimi rewolucyjnymi koncepcjami.
Ogłoszona przez Einsteina teoria względności po prostu zburzyła dawny porządek. Wykazano w niej, że
prędkość światła jest bezwzględnie stała bez względu na prędkość źródła, a stan spoczynku czy ruchu
zależy wyłącznie od wybranego układu odniesienia.
Świetnie ilustruje to słynny eksperyment myślowy z pociągiem. Wyobraźmy sobie, że dwa pioruny
uderzają jednocześnie w początek i koniec poruszającego się składu. Pasażer siedzący dokładnie pośrodku
wagonu oraz obserwator stojący na peronie doświadczą tych wyładowań w zupełnie innych momentach.
Co najbardziej zdumiewające – obaj będą mieli stuprocentową rację! To, co dla jednego obserwatora jest
teraźniejszością, dla innego może stanowić dopiero nadchodzącą przyszłość. Czas nie jest więc uniwersalną
miarą – przypomina raczej misternie skomponowaną recepturę dopasowaną do konkretnego punktu
widzenia.
Światopogląd wynikający z teorii względności prowadzi do olśniewającej wizji tzw. „wszechświata
blokowego”: wszystkie czasy (przeszłość, teraźniejszość i przyszłość) są jednakowo realne i istnieją
równolegle. Gdyby we wszechświecie istniał obserwator o odpowiednich możliwościach, supernowa
eksplodująca w odległej galaktyce dzieje się dla niego dokładnie teraz, podczas gdy my ujrzymy ją dopiero
za kilkaset lat. Nie ma jednej, absolutnej teraźniejszości!
Projektor w naszej głowie
Fizyka kwantowa idzie jeszcze krok dalej w tej fascynującej podróży – sugeruje, że upływ czasu wcale nie
jest fundamentalną cechą rzeczywistości, lecz zjawiskiem emergentnym, wyrastającym z niezwykłych
relacji między stanami kwantowymi i entropią.
– Proponuję, aby traktować nasze poczucie upływu czasu jak niezwykły przykład projekcji
psychologicznej – błędu poznawczego wynikającego z tego, jak nasz umysł genialnie organizuje
docierające do niego bodźce – wyjaśnia prof. Bardon.
Filozof posługuje się tu wyjątkowo trafną analogią. Płatki czerwonej róży nie są przecież „czerwone” same
w sobie. Odbijają jedynie falę świetlną o konkretnej długości, którą nasz mózg interpretuje jako ten
zachwycający odcień. Róża nie generuje iluzji – to nasz aparat poznawczy nadaje światu taki barwny profil.
Podobnie rzecz się ma z czasem. Często spragnieni ładu próbujemy leczyć nasz lęk przed nieznanym tym
samym, co ten lęk wywołuje – nakładając na tajemniczy, chaotyczny świat jeszcze gęstszą sieć
harmonogramów i podziałów (zupełnie jakbyśmy szukali ukojenia w tej samej kropli, która wywołała
reakcję). Upływ czasu nie jest więc bezwartościowym złudzeniem – to fascynujący mechanizm, w jaki
ludzki umysł porządkuje rzeczywistość, by móc w niej w ogóle zaistnieć. Największa tajemnica polega po
prostu na tym, by nie pomylić własnej, ograniczonej perspektywy z samym fundamentem wszechświata.
Źródło: Czy czas w ogóle istnieje? Oto co mówi na ten temat filozofia i fizyka - national-geographic.pl


